Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Elza Tornwalsen nic nie odpowiedziała, nie patrząc na bezczelnego starca.
Niezmieszany tem bynajmniej Esuperanzo Gradaz prawił dalej:
— Ja nie chciałem obrazić... Gdzieżby tam? Takie cacuszko, takie pieścidełko!... Widać coś ważnego zmusiło senorę do opuszczenia Europy... Może gdzieś, kiedyś na Rivierze, albo w Biarritz te śliczne rączki wślizgnęły się niebacznie do kieszeni kochanka... Uciekamy — co? Aż na Tajmyr?... Hę? Taka laleczka i — na Tajmyr! Eso es montruozo!
Elza wciąż milczała, tylko nozdrza jej się rozdymały, a oczy rzucały z pod opuszczonych powiek zaczajone, baczne spojrzenia w stronę zbliżającego się Hiszpana.
W głowie mignęła jej szalona myśl.
— Uderzyć go pomiędzy oczy i zrzucić za burtę...
Przypuszczając, że młoda kobieta milczy, nastraszona jego „domyślnością“, mówił już śmielej. Nie spostrzegł inżyniera Géroma i Juljana Miguela, którzy właśnie rozmawiali o Olafie Nilsenie i bacznie przyglądali się Hiszpanowi. Nie słyszeli oni słów Gradaza, lecz Rudy Szczur dojrzał, że ręce Elzy chwilami drżały i zaciskały się w pięść.
— Ta łojówka barcelońska coś ohydnego gada do fru Tornwalsen — pomyślał Miguel i podszedł bliżej.
— Senora belleza... — mruczał przez zęby Gradaz. — Ja o tem nikomu słówkiem nie pisnę... Takie cacko... świecidełko prawdziwe!... Nudno nam obojgu będzie na tym Tajmyrze, bo ani ja, ani piękna senora nie jesteśmy stworzeni do pracy! Cha-cha! Tam podobno noce są długie... Moglibyśmy je skrócić, hę! A za