Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to do pięknej torebki mojej belleza z cichym brzękiem toczyłyby się monety, duże złote monety! Trzeba tylko, abyś, kochaneczko, koteczko drapieżna...
Nie dokończył, bo w tej chwili zakotłowało się na pokładzie „Roberty“. Esuperanzo Gradaz został natychmiast zbity z nóg i przyciśnięty ciężarem dwóch ciał, miotających się i szamocących się z nim. Ciężkie razy czterech tęgich pięści spadały na opasły kadłub Hiszpana; pięści te grzmociły z prawdziwym zapałem, a czyjeś gardziele wydawały ryki i przekleństwa.
Majtkowie z trudem zwolnili pobitego dotkliwie i jęczącego Esuperanzo, odrywali od niego, wczepionego weń, jak brytan w niedźwiedzia, wściekłego Miguela, wyrzucającego potoki takich hiszpańskich wyzwisk, jakich używali chyba tylko konkwistadorowie Korteza; trzymali za ręce bladego i oburzonego Géroma, który powtarzał w kółko:
— Za burtę! Za burtę!
Kapitan „Roberty“, zbadawszy zajście, kazał zamknąć starego awanturnika do najgłębszego rumu.
— Posiedzisz tam do Wardo!
Dla pasażerów widowisko to było jedyną rozrywką, bo morze żadnych wrażeń nie dawało. Ocean jakgdyby spał i, w rozmarzeniu rozkosznem pieszczotliwie kołysał statki, brużdżące jego pierś. Zrzadka tylko zjawiały się na horyzoncie grindy,[1] lub przepływały ławice śledzi, gonione przez foki i delfiny.

Flotyla minęła dawno archipelag Vesterwaalen, pożegnała sygnałami „ostatnią latarnię europejską“, migającą z wyspy Kwaloe, i dążyła na NNE, mając kurs wytknięty na przylądek Nordkap.

  1. Gatunek drobnych wielorybów.