Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Perra, mas que perra! — rzęził Esuperanzo. — Co to było?!
Majtek zwrócił ku Hiszpanowi roześmianą twarz i odparł prawie bezczelnie:
— Amor zamiast serca, ugodził senora w oko...
— El nombre del amor! — wykrztusił senor Gradaz.
— Właśnie już wspomniałem o Amorze — zaśmiał się majtek.
— Que se pudre! — ryknął Hiszpan i chwiejnym krokiem powlókł się w stronę jutu, krzycząc:
— Lekarza! Lekarza! Tu wybijają oczy!
Z mostku wychylił się przez reląg dyżurny oficer i zawołał:
— Cicho, wieprzu jeden! Pamiętaj, co powiedział kapitan Hardful. Pójdziesz rybom na strawę, stary ohydniku!
— Ten piedad, Senor Dios mio! — jęknął Esuperanzo, lecz przestał już krzyczeć i przeklinać, bo przed zdrowem okiem jego stanęła, jak żywa, surowa, groźna postać „Złotego Kapitana“.
Zawzięty Hiszpan postanowił się zemścić. Z uprzejmym wyrazem twarzy, jeszcze wstrętniejszej niż zwykle i bardziej odstraszającej, bo małe, czerwone oko wyglądało okropnie wśród napuchniętych, ciemno-sinych fałd, zwiędłej skóry, podszedł w dwa dni później do przechadzającej się po pokładzie młodej kobiety i zaczął rozmowę:
— Hę? Taka belleza esplendorosa, wiotka, jak syrena... hę? A pięścią wali, jak tęgi marynarz-zabijaka! Skądże to taka wprawa — senora?