Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


idąc śladem flotyli Hardfula, dotrzeć do Tajmyru... Grubo się na tej ryzie obłowiło nasze towarzystwo, a człek świeć tu oczyma i skradaj się, niby przemytnik jaki! Do dziurawego rumu z taką pływanką!
Szyper zaklął i splunął z wściekłością.
— Jaka szkoda! Zabawilibyśmy się w dobrej kompanji! — zakończył Pitt, żegnając marynarzy.
Była to bardzo ważna nowina, zmuszająca Pitta do niesłychanej czujności.
— Psiakrew! — myślał. — Może zamierzają wysadzić mnie w powietrze wraz z „Witeziem“, a ktoś, płynący na „Haarlemie“ ma stanąć na czele ekspedycji i zawładnąć Tajmyrem? Ci panowie, w rodzaju Esuperanzo Gradaza, do wszystkiego są zdolni!
W godzinę po rozmowie Pitta z Holendrem, „Witeź“, prowadzony przez pilota, wyszedł z wąskiego fjordu bergeńskiego; wysadziwszy Norwega przy północnej farze, kuter całą siłą pary ruszył naprzód, doganiając flotylę.
— Słuchaj-no szyprze! — zwrócił się kapitan do Mikołaja Skalnego. — Gdy będziesz mijał nasze parowce, sygnalizuj im, aby wystawiono wzmocnione warugi nocne od rufy i sztaby, a w dzień żeby się też oka z morza nie spuszczało! Może zagrażać nam niebezpieczeństwo...
Szyper rozdął nozdrza, jakgdyby chciał zwęszyć niewidzialnego wroga, i w milczeniu skinął głową, bo na morzu olbrzym, o ile dużo jadł i palił, o tyle mało pił, a jeszcze mniej gadał.