Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozdział XIV.
SZLAKIEM WIKINGÓW.

Ocean oddychał cicho; na szerokich, płaskich jego falach szybko płynęła ku północy flotyla kapitana Pitta Hardfula. Płynęła zaś szlakiem, wytkniętym tysiąc lat temu przez bohaterskiego Elfa Setera, ujarzmiciela oceanu Hyperborejów, poprzednika zuchwałych wikingów-zdobywców i wikingów-skaldów.
„Witeź“ parł naprzód całą siłą, a za nim w kilwaterze biegły nowe niemieckie parowce, odbywające pierwszą swoją pływankę.
Pasażerowie nie posiadali się z radości. Tak pięknej odświeżającej pogody i tak idealnie spokojnego morza nikt się nie spodziewał, bo nawet obznajmieni z pływankami w północnych szerokościach marynarze z Bremy, dziwili się i, kiwając głowami, mówili do siebie:
— Szalone szczęście ma ten kapitan Hardful! Żeby Atlantyk tak się pieścił z nami o tej porze roku, no-no! Jak to dalej pójdzie? Co nam zaśpiewa Lodowaty?
Stojący wpobliżu pasażer o twarzy zawadjackiej i piegowatej potrząsnął rudą czupryną i wtrącił do rozmowy oficerów:
— Ocean Lodowaty otrzymał już rozkaz kapitana Hardfula! Cha-cha! Zobaczycie, panowie, że stanie się gorący na nasze powitanie, a lodu ani krzty, aż do Wajgacza nie spotkamy. Jakem Juljan Miguel!
— O, to widzę, pan pływał już w tamtych wodach?! — spytał kapitan Niemiec, ze zdziwieniem i mimowolnym szacunkiem patrząc na rudego pasażera.
— Do usług i to już nie jeden raz!... Hej, pamiętam, jak złamaliśmy sobie ster koło Jamału!... — odparł