Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyć z pomocą białej lilji niewinnej i zielonej gałązki oliwnej, a na takich drapichrustów i rekinów nie jest to broń skuteczna!
— Kto redaktorowi powiedział, że ja nie potrafię bronić swojej idei, powiedzmy więzieniem, kajdankami i karabinem? — spytał nagle Pitt takim głosem, że stary redaktor aż podskoczył i wpił się rękami w ramię kapitana. W oczach Pitta Hardfula wyczytał taką stanowczą odpowiedź, że aż przybladł.
Drgnął, gdy rozległ się twardy, zimny głos przyjaciela:
— Albo będą chodzili ze mną razem po linie, jak się pan wyraził, albo powrócą z niczem, lub nigdy nie powrócą, jeżeli się ważą targnąć na to, co się stało celem mego życia... Na terenie „Północnego Złota“ musi być cicho i czysto... Ja to panu mówię, panie Louis Bertrand!
Od tego czasu stary dziennikarz długo chodził zamyślony, pomagał Pittowi w nawale pracy, lecz w przeddzień odpłynięcia flotyli, uścisnął go za rękę i szepnął:
— O, gdybym był młodszy, nic nie wstrzymałoby mnie od wyjazdu z panem, kapitanie! Niestety, jestem naprawdę starym człowiekiem... dziennikarską tubą, zdolną do hałasu, lecz nie do czynu... Stary Bertrand na nic już się panu nie przyda!
Były to ostatnie jego słowa. Smutny i przygnębiony długo stał na przystani i machał chusteczką póty, póki „Witeź“ nie zniknął za ścianą mola.
Kapitan pamiętał dobrze tę rozmowę i swoją groźbę. Ledwie portowy pilot opuścił pokład kutra, Pitt skinął na księdza Leduca i Ernsta Swena. Wprowadziw-