Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szy ich do kabiny, rzekł do nich, patrząc surowym wzrokiem:
— Nic myślcie, że wiozę ze sobą samych przyjaciół, współczujących moim zamiarom i rozumiejących mnie! Połowę, a może i więcej kolonistów, stanowią wysłańcy nieprzyjaciół moich i, zdaje mi się, również waszych, bo nieraz są oni wrogami religji i moralności. Pragnąłbym, abyście, zanim się przekonacie naocznie, wierzyli mi, że nie odstąpię od swojej idei! Jeżeli macie zaufanie do mnie, musicie, proszę was o to, werbować z pośród nowych kolonistów ludzi, którzy dążyliby przez złoto, dające spokój niezależności, do udoskonalenia duchowego, nie zaś do używania i gnębienia słabszych. Przewiduję walkę ze stronnikami wręcz przeciwnych przekonań, więc musimy mieć pewnych, twardych, jak skały, stronników. Wśród moich ludzi nie widzę bardziej od was zdatnych i powołanych do tego! Pomóżcie mi, a, doprawdy, spełnicie szlachetne, zaszczytne posłannictwo!
W milczeniu uścisnęli sobie dłonie i tem przypieczętowali umowę.
Pitt przypomniał sobie dni, spędzone w gorączkowej pracy, niepokoju i miotaniu się ducha, a westchnął z ulgą, posłyszawszy, jak fala głośniej plusnęła o burtę „Witezia“, zdaleka zaś dobiegł go basowy głos Mikołaja Skalnego:
— Ster na sztymbor! Ludzie, do kotwi!... Rychtuj łańcuch przy kluzie!
— Zawijamy do Bergen! — pomyślał Pitt i zaczął się szybko ubierać.
Dwa dni stał „Witeź“ w głębokim fjordzie przed spokojnym, poważnym Bergenem.