Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pieżników, chciwców i zawistników porobić aniołów Rafaela! Nie! to przechodzi wszelkie pojęcie! I do tego bez więzienia, bez kary śmierci, bez policji, kajdanków, karabinów?! Śmiej się pan z tego! Ciągnąć mnie do takiej hecy?! Pan twierdzi, że dość mam tego pospolitowania się z radykałami i hańbiącego istnienia na koszt społeczeństwa? A mnie z tem dobrze i wygodnie! Ja im pluję w brody, a oni płacą mi za to honorarjum. Czuję się jak lekarz-hydropata, co to leczy prysznicami! Zresztą, mój poczciwy przyjacielu, jestem już stary i nie mógłbym się pogodzić z rybą soloną i nieświeżą, z cuchnącem mięsem jakichś tam reniferów, z towarzystwem trącących zgorzkniałym tranem, owszonych Samojedów i spoconych robociarzy kopalnianych! Nie, — te eksperymenty już nie dla mnie — starego! Ja mam inne upodobania... Lubię przyjść do klubu, usiąść sobie wygodnie przy kominku, burzyć świat od posad do szczytu, ćmiąc wonną hawannę i łagodząc światoburcze słowa starym Chambertinem... Zresztą i pan nie wytrzyma tam długo z tą hołotą! Jestem pewien, że wkrótce zawita pan do nas, złoży nowe miljony w banku i zacznie przyjmować przyjaciół w swoim gościnnym pałacyku, a proszę sobie zanotować, że lubię prawdziwe hawanna „Coronas“ i „Chambertin“ co najmniej z roku 1912!
Jednakże staruszek okazał mu wielką przysługę, odsłaniając zawiłe kombinacje kapitalistów, marzących o zagarnięciu „Północnego Złota“ w swoje ręce. Pitt był więc przygotowany do walki i zwierzył się z tem Bertrandowi.
Ten machnął ręką i zaśmiał się:
— Przegrasz, drogi przyjacielu, bo zamierzasz wal-