Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Prosty wikarjusz wiejski znał się na ludziach, więc potrafił wynaleźć sobie kolegę, opromienionego jednakową z nim ideą służenia ludziom i pociągnięcia serc ich ku świetlanej postaci skromnego Mistrza, urodzonego w ubogim żłóbku betlejemskim i przebaczającego ludziom mękę swoją i zgon na krzyżu. Był spokojny o pastora ewangelickiego i polubił go szczerze. Rozmawiali ze sobą dużo i snuli jasne, czyste plany prawdziwie chrześcijańskich misjonarzy.
Po wypłynięciu na morze, kapitan spędzał długie godziny z przedstawicielami setek, a po nocach naradzał się z Mikołajem Skalnym i łagodnym Ernstem Swenem. Wreszcie zdecydował się przespać, bez ograniczenia czasu.
Obudziwszy się, Pitt Hardful przypomniał sobie ostatnie dni pobytu w Hawrze. Nagle się uśmiechnął. Louis Bertrand, zabawny, krewki, szorstko-szczery, niemal cyniczny staruszek... Tak bardzo pragnął kapitan namówić go do wyjazdu na Tajmyr! Stałby się on prawdziwym dzwonem, nigdy nie milknącym i roznoszącym po całym świecie wieść o „Północnem Złocie“ i o wpływie nowych zasad życia i pracy na ideologję przypadkowego zbiorowiska ludzi o różnych przekonaniach, charakterach i myślach.
Jednak stary dziennikarz nie dał się namówić:
— Pan lubi chodzić po linie, a ja nie! — odpowiedział. — Rozumiałbym chęć pana wyciągnąć z pod lodu i śniegu stosy złota... To każdy w Europie i Ameryce zrozumie, bo pojmuję, co za potęgę stanowi w naszym wieku „najwyższej cywilizacji“ złoto! Ha! Do stu djabłów rogatych! Ale nikt nie uwierzy, żeby ktoś potrafił z drabów najzwyczajniejszych, z rzezimieszków, dra-