Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ści pięć lat i jesteście z zawodu kamieniarzem... Pamiętam, bo pisaliście mi o tem, zaznaczając, że macie mi coś ważnego do powiedzenia w cztery oczy. Słucham was, panie Rouvier.
Chudy człowiek poruszył się gwałtownie, targnął głową, a skurcz przebiegł mu po nieruchomej twarzy. Tysiąc słów — może strasznych, bluźnierczych, może — żałosnych i rozpaczliwych cisnęło mu się do gardła, lecz nie mógł wykrztusić żadnego. Po kilku chwilach zmagania się ze wzruszeniem padł nagle na kolana i wydał jęk:
— Weźcie mnie ze sobą, inaczej — zginę!...
Nie były to słowa, obliczone na efekt i wzbudzenie współczucia, wyrwały mu się bowiem z głębi duszy.
Pitt milczał, przyglądając się gościowi.
— A jeżeli nie wezmę? — spytał, pochylając głowę. — Wstańcie z kolan, nie lubię tego!
Potwornie martwa twarz, jak maska wykuta w szarym, bezbarwnym kamieniu skurczyła się nagle, cienkie wargi obnażyły żółte zęby i szeptem odpowiedziały:
— Rzucę się pod koła waszego samochodu, a może cisnę bombę w tłum największy, aby długo pamiętano Szymona Rouviera!
— O! — zawołał kapitan, zdumiony tym wybuchem. — To, widzę, zakrawa na rzecz poważną? Siadajcie, Rouvier, i opowiedzcie mi, co was do mnie sprowadza!
Blady człowiek o martwej twarzy nie usiadł jednak. Stał przy progu i przez zaciśnięte zęby wyrzucał zdanie po zdaniu. Była to dość zwykła historja, nic osobliwego, za wyjątkiem stosunku tego człowieka do zjawisk, tak