Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


często powtarzających się w naszym wieku cywilizowanym.
Wyrobnik w firmie kamieniarskiej. Właściciel wyzyskiwał pracowników. Robotnicy ogłosili strajk i wygrali sprawę. Mściwy kapitalista oskarżył jednak kilku robotników, przedstawiając ich, jako podszczuwaczy i anarchistów. Wydalono ich na żądanie władz i wpisano na czarną listę. Odtąd Rouvier nie mógł znaleźć pracy w żadnem przedsiębiorstwie. Mógł był zaryzykować i udać się na emigrację, lecz miał rodzinę. Chorowitą żonę, starego ojca-ślepca i pięcioro dzieci. Pracował więc dorywczo, chwytał się wszystkiego, co się nawijało pod rękę, lecz to nie mogło zaradzić nędzy, coraz bardziej szczerzącej zęby. Pogrążył go w rozpaczy, pchnął na skraj przepaści pewien wypadek.
— Mam córkę — najstarszą, siedemnastoletnią dziewczynę... pracuje od pięciu lat w fabryce koronek. Przystojna dziewczyna! — mówił Rouvier. — Przyszła do nas przed tygodniem sąsiadka i zdaleka, ostrożnie napomknęła, że Lizeta (tak ma na imię moja córka) mogłaby się urządzić dobrze, a nawet rodziców z nędzy wyciągnąć... Jakiś stary adwokat poszukuje dla siebie młodej kochanki, skromnej, niewymagającej... O, sto djabłów kłami wgryzło mi się w samo serce; zawołałem dziewczynę i z oburzeniem i wstydem powtórzyłem jej słowa staruchy... Lizeta wysłuchała ze spokojem i odparła, że sama już o tem myślała nieraz. Widzi przecież i rozumie, że nic nas z nędzy nie podźwignie, a tu trzeba młodsze dzieci uczyć, aby choć jakieś okruszyny broni do walki o życie miało to biedactwo; zresztą ona ma tego wszystkiego już po samo gardło; jest młoda; ma prawo na jakieś jaśniejsze jutro, na uśmiech losu... Hań-