Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ba nie zrozumiesz! Było to tak! Pędząc życie lekkomyślne i, dodam, bezmyślne, zgrałem się w karty i musiałem oddać dług, który jest uważany za honorowy. Nie oddać nie mogłem, bo niema w tej sferze zwyczaju prosić o zwłokę, o spłatę częściami. Gdybym był nie oddał, wyrzuconoby mnie poza nawias „towarzystwa“. W tym okresie myśl moja była pełną przesądów i nie umiała rozstrzygnąć palących spraw stanowczo i prosto. Uważałem, że honorowy dług jest dla dżentelmena ważniejszą sprawą od moralności i ludzkiego honoru, więc ukradłem ciotce znaczną sumę, o której wiedziałem, że się znajduje w toalecie, dług spłaciłem, lecz za to właśnie trafiłem do więzienia, trafiłem zupełnie sprawiedliwie, mój kochany Migu!
— Nic o tem nie gadaliście nam, sztormanie, w więzieniu, ani na pokładzie „Witezia“! — zawołał Juljan. — Jakżeż to się stało? To ciotka wpakowała was do ula?
— Eh, nie! — mruknął kapitan. — Służąca, obawiając się zupełnie słusznie, że ciotka może ją posądzić o rabunek, doniosła policji. Wszystko zostało odrazu wykryte i — przesiedziałem wtedy razem z wami spory szmat życia za kratą, mój stary...
— No, tak, tak — to już wiem!... — szepnął Miguel. — Myślałem, że życie biedoty nie jest łatwe i proste, a teraz widzę, że i bogacze mają swoje kłopoty...
— I jakie jeszcze! — kiwnął głową, Eryk Stefan. — Można, naprzykład, wyrzucić na ulicę tysiące robotników, lecz nie wolno pozbyć się drogiego samochodu, bo to skandal, źle widziany w towarzystwie i na giełdzie.
— E — e! — przeciągnął Miguel, — tego to już nigdy nie zrozumiem...