Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział II.
W WILLI PODMIEJSKIEJ.

Po obszernej sali, oświetlonej jedyną lampą, stojącą w rogu, szybkim krokiem przechadzał się Eryk Stefan, a za nim, jak cień, sunął rudy Miguel.
Dziwne wrażenie sprawiały te dwie postacie, szybko i prawie bez szmeru poruszające się, bo gruby kobierzec zagłuszał odgłosy ich kroków.
Długo tak chodził kapitan, a tuż na nim wpatrzony w jego plecy nieodstępny sługa i przyjaciel.
Na twarzy Eryka Stefana malowała się zimna wesołość, jakieś jakgdyby drapieżne, potężne rozradowanie, lecz oczy nie zdradzały tego uczucia. Spokojne, niemal obojętne, zapatrzone były w im tylko znaną dal.
Potarłszy prawą ręką zwisające bez ruchu lewe ramię, kapitan stanął nagle, obejrzał się na stojącego tuż za nim Miguela i szepnął:
— Well! Jak widzisz, przyjacielu, powróciłem już całkowicie na łono swego społeczeństwa. Wszystko już ludziska wiedzą o mnie — i to, że okradłem ciotkę... i że nazywano mię niegdyś Erykiem Stefanem!
— Nie mogę w to uwierzyć! — także szeptem odparł rudy Juljan. — Wy, sztormanie, nie moglibyście okraść nikogo! Wasi nawet wrogowie na „Witeziu“ przezwali was „białym kapitanem“. Sam Olaf Nilsen (świeć Boże, nad jego duszą ponurą), ba nawet Ikonen, Mito, jak mi opowiadał bosman, Mikołaj Skalny, uznali was za „białego“ kapitana...
Kapitan westchnął ciężko i odparł:
— A jednak okradłem... Cóż chcesz, mój stary, w mojej sferze istnieją pewne przesądy, których ty chy-