Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kapitan na nowo chodzić zaczął po sali, a za nim sunął Miguel, krok w krok, jak cień, lub jak pies przy nodze.
Eryk Stefan nie odzywał się więcej.
Zamyślił się nad czemś, a zmarszczki, jak węże leniwe, pełzły po jego ogorzałem czole.
Gdyby ludzie, którzy tak surowo oskarżali Eryka Stefana wiedzieli, o czem myślał w tej chwili, zdumieliby się bardzo i baczniej przyjrzeliby się jego obojętnej twarzy, oczom badawczym, sprężystej, barczystej postaci i tej bezwładnej ręce, którą kapitan od czasu do czasu pocierał, mocniej zaciskając wargi, bo, snać, bolała go.
Życie ludzkie jest niezgłębione i niezbadane, jak ocean.
O, może, nawet trudniej zbadać je, niż największą otchłań przepaścistą, a to dlatego, że na ocean wszyscy ludzie spoglądają jednakowo, tymczasem na życie bliźniego, a nawet najbliższego sobie człowieka, patrzy każdy inaczej, najczęściej zaś tak, jakgdyby posiadacz tego życia z innej był ulepiony gliny, stanowił istotę, pozbawioną cech ludzkich, i w każdym razie nie mogącą myśleć, czuć i cierpieć tak, jak inny bliźni — ten, który zamierza poznać i zrozumieć jej życie!
Tymczasem w tej samej chwili Eryk Stefan robił rachunek sumienia, twardy i nielitościwy, nic nie ukrywający, pozbawiony krętactwa i pobłażliwości.
Zdawaćby się mogło, że oto ciężko chory człowiek sam nad sobą dokonywa niebezpiecznej operacji, zagląda do swego wnętrza, szuka źródła choroby, bada cierpienie pacjenta i jednocześnie czuje ból, nieznośny,