Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Naradzali się nawet ze mną o tem i owem... Rekiny, bandyci!...
— Ma mi pan jeszcze coś do powiedzenia? — spytał Pitt.
— Poto tu przecież jestem o drugiej w nocy! — zawołał inżynier. — Chcę prosić, aby kapitan wziął mnie na głównego kierownika robót na Tajmyrze. Lepszego pan nie znajdzie, bo zamarzałem na Makenze i Yukonie, a zwyciężałem wszystko! Będziemy milczącymi spiskowcami... Dopomogę panu, bo już widziałem słabe miejsca „Północnego Złota“, w które uderzą niezwłocznie wrogowie! Mogę wnieść dziesięć tysięcy dolarów, jako udziałowiec...
— Nie! — potrząsnął głową Pitt. — Pieniędzy nie przyjmę. Biorę pana chętnie, a jego udział pokryję z osobistych kapitałów, bez żadnego rewersu. Chcę, żeby pan był zupełnie niezależny... Wnosząc znaczną sumę, będziesz drżał o nią, a więc mimowoli osłabnie pańska swoboda działań. Z drugiej strony... przypuśćmy, że jest pan posłany do mnie przez kapitalistów lub socjalistów, którzy dali panu te dziesięć tysięcy dolarów... Jeżeli pan nie przyjmie od nich tych pieniędzy — nie będą panu ufali... Pan będzie wolny, a ja — spokojniejszy do czasu, póki nie poznam pana dobrze...
— Uważa mnie pan za płatnego agenta?! — wybuchnął Gérome.
Pitt spokojnie spojrzał na niego.
— Pan mnie miał za pospolitego oszusta, a ja nie obraziłem się o to! — odparł. — Nie znam pana, panie inżynierze. Kto wie? Będziemy może walczyć przeciwko sobie, a może staniemy się przyjaciółmi aż do śmierci...