Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tego ostatniego życzę sobie i panu! — mruknął Gérome, hamując gniew.
— A więc all right, zrobione! — zakończył Pitt. — Jutro pofatyguje się pan do mego biura, gdzie podpiszemy deklarację, oraz prywatną ze mną umowę. Dobranoc, panie Gérome!
— Dobranoc! Chociaż po takiej rozmowie spać nie będę! — odpowiedział inżynier i szybko wyszedł.
Pitt śledził odchodzącego i myślał:
— Jeżeli jesteś sprytnym łotrem i najemnym zdrajcą, zginiesz! Jeżeli w głowie twojej świtają pokrewne moim myśli, — niech będzie błogosławiony dzień twego przybycia do mnie!...
Kapitan usiadł do biurka i znowu pochylił się nad spisem udziałowców.
Przeważały niewielkie sumy, zadeklarowane przez przyszłych uczestników: sto, pięćset, tysiąc, dwa i trzy tysiące dolarów.
Biuro na rozkaz Pitta obliczyło, że takich udziałów było pięć tysięcy, a kapitał, złożony przez nich stanowiłby około siedmiu miljonów dolarów.
To wystarczy, aby założyć dobrą osadę, zaprowadzić kulturalny ład i zorganizować życie kolonji. Na resztę starczy złota, składanego do skarbca przedsiębiorstwa jako jego udział, — myślał Pitt. — Przyjmując drobnych, a wykwalifikowanych udziałowców, uformuję dobre kadry pracowników i wyzbędę się wrogich działaczy i szpiegów, podesłanych przez moich przeciwników. Tak zrobię i zaraz jutro ogłoszę listę nowych członków przedsiębiorstwa „Północne Złoto“!...
Z tą myślą pogasił lampy w gabinecie i skierował się