Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z fortu Providence, z nad brzegu Wielkiego Niewolniczego Jeziora, byłbym oddawna starcem, bo przeżyłem nie jedno, lecz trzy życia! Nie lubię zawracać głowy nikomu, więc powiem odrazu, z czem do pana przychodzę! Nie sądzę, żeby pan był dzieckiem, lub człowiekiem naiwnym. Chociaż co do naiwności pana, mam poważne zastrzeżenia!
— Masz tobie! — zawołał ubawiony Pitt. — To uważa mnie pan za oszusta, to znów — za naiwnego!
— Uważałem za oszusta, bo w głowie mi się nie mieściło, żeby człek uczciwy mógł poważnie myśleć o przeciągnięciu współczesnych drapichrustów na daleką północ w cudacznych celach pedagogicznych, aby przekształcić wilki na jagnięta... Jednak, gdym rozejrzał się po pańskim Tajmyrze i przekonałem się, że mógłby pan stamtąd, wprowadziwszy uprzednio poważną organizację przemysłową, wypompować trzy razy więcej złota, niż produkują wszystkie kopalnie świata, zdumiałem się naprawdę i po pewnym namyśle zdecydowałem, że jest pan albo dziwolągiem-idealistą, którego się trzymają fantastyczne pomysły, albo człowiekiem naiwnym do cna! Przepraszam za szczerość, kapitanie!
— Nic nie szkodzi, panie Gérome! — odparł w zamyśleniu Pitt. — Muszę jednak powiedzieć panu, że nie jestem ani idealistą, ani fantastą, ani tem mniej naiwnym... Jestem rewolucjonistą... rewolucjonistą, co prawda, innego typu, niż wszyscy moi poprzednicy.
— Rewolucjonista? — Pan — rewolucjonista? — zawołał inżynier.
— Tak! — kiwnął głową kapitan. — Wodzowie minionych rewolucyj uważali wzburzone przez nich masy