Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


njerka rozprysła się na tysiące pocisków podczas niecnych, ohydnych obrad w lęgowisku tych władców świata!
— Przeraża mnie pan! — uśmiechnął się Pitt, domyślając się już, co sprowadziło do niego tak spóźnionego gościa.
Paweł Gérome zaczął chodzić po pokoju i mówił:
— Przeczytawszy ogłoszenie pana o „Północnem Złocie“, a potem wysłuchawszy sprawozdania na pierwszem zgromadzeniu, byłem przekonany, że widzę przed sobą genjalnie zręcznego, na dużą skalę oszusta międzynarodowego, doskonale orjentującego się w tem, czego jest warte nasze społeczeństwo i grającego na jego drapieżnych i chciwych instynktach...
— Wcale nieoryginalna hipoteza, gdyż wszyscy myśleli tak samo... — wtrącił z cichym śmiechem Pitt Hardful.
— Naczelna rada przemysłowców i związek bankierów zaprosił mnie do komisji, która miała zwiedzić Tajmyr i sprawdzić raport pana i jego kolegów — mówił dalej inżynier. — Ha! Musiały te wilkołaki zwrócić się do mnie, chociaż wiedzą, co o nich myślę! Ale trudna rada! Jestem jedynym specjalistą od złota, bo kawał życia spędziłem w Klondyke, w południowej Afryce i w Brazylji. Te oto ręce nie jedną tonnę złotej trucizny wyrwały z trzewi staruszki ziemi!
— Nigdybym pana nie podejrzewał o to! — przerwał mu Pitt. — Wygląda pan tak młodo... na dwadzieścia siedem lat najwyżej...
— Skończyłem trzydzieści pięć! — poprawił go inżynier. — Gdyby nie to, że w żyłach moich płynie odporna krew mojej matki, mieszkanki północnej Kanady,