Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O tak spóźnionej godzinie? — odezwał się Pitt.
— Niestety! — odpowiedział nieznajomy. — Zmusza mnie do tego bardzo nagła sprawa. Proszę zameldować kapitanowi, że prosi o parę minut rozmowy inżynier Paweł Gérome, członek komisji rzeczoznawców, badających Tajmyr.
Zdumiony nieco Pitt rzekł:
— Jestem przy telefonie. Czego pan inżynier sobie życzy?
— Przepraszam za telefon o tak niestosownej porze, lecz proszę o upoważnienie, abym mógł natychmiast przyjechać do pana. Doprawdy, te niesamowite odwiedziny mogą mieć ważne następstwa — mówił dźwięczny, energiczny tenor.
— Pan mnie intryguje! — zaśmiał się Pitt. — Proszę więc przyjechać, czekam na pana.
W kwadrans później do gabinetu kapitana wchodził wysoki, elegancki człowiek o śmiałych i badawczych oczach.
— Dziękuję kapitanowi, że chciał mnie pan przyjąć! — mówił, potrząsając ręką gospodarza. — Doprawdy, zdawało mi się, że do jutra nie mógłbym czekać! Taka nikczemność, — to już ponad moje siły!
Pitt zaśmiał się głośno i rzekł:
— Niechże pan usiądzie! Na Boga, nic nie rozumiem! Co pana do mnie sprowadza, panie Gérome? Jest pan, jak spostrzegam, bardzo wzburzony?
— Wzburzony?! — zawołał inżynier. — Jestem wściekły... chciałbym prać pyski tych rekinów, bandytów, nikczemnych, tchórzliwych zbrodniarzy. Eh! To na nich nie oddziała bynajmniej! Tu trzeba maszyny piekielnej o niewidzianej dotąd sile, aby taka bombo-