Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiedy rękami swemi ściskała po raz pierwszy i ostatni tę głowę ukochaną.
Bezwiednie uświadomiła sobie, jakie zmiany zaszły w twarzy i postaci Pitta Hardfula. Stał się bardziej sztywny w ruchach, na skroniach połyskiwały mu siwe włosy, na bladej twarzy, pooranej zmarszczkami, rozbłysnął uśmiech radosny, niemal szczęśliwy, a w oczach skrzyło się wzruszenie.
— Fru Tornwalsen... — padły z ust jego pierwsze słowa.
I znowu — „Fru Tornwalsen!“ — cicho, łagodnie, prawie nieśmiało...
O, ten znajomy, drogi głos, który z taką siłą pokierował jej życiem!
— „Biały Kapitan“!... — odpowiedziała Elza przejmującym szeptem i przycisnęła obie ręce do piersi, jakgdyby wstrzymując głośny zwycięski okrzyk, lub szloch radości i szczęścia.
Już się porwała, aby stąpić naprzód, wyciągnąć ramiona i, ująwszy głowę jego w dłonie, ścisnąć mocno, dawnym zwyczajem rybackim.
Jednak Elza Tornwalsen inną już teraz była istotą. Odbyła daleką, ciężką wędrówkę szlakiem szukających lepszego bytu ptaków przelotnych; nie krzyknęła więc, zdusiła szloch we wzburzonej piersi i nie poruszyła się z miejsca.
Nadludzkim wysiłkiem woli zmusiła się do uśmiechu i po chwili milczenia przemówiła głosem spokojnym, w którym Pitt Hardful najmniejszego nie wyczuł wzruszenia:
— Dziękuję, kapitanie!... Chciałam płynąć do Haycabia, lecz skoro Baldwin odpadł, a rekordowy dystans