Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— ...o przerwanie pływania prosi kapitan Pitt Hardful... prosi Eryk Stefan, E-ryk Ste-fan!...
Nie pozostawało już żadnej wątpliwości.
Woła na nią Eryk Stefan!...
Może ten promienny z obrazu Rasmussena staje przed nią nad rozpętanem morzem, wynurzywszy się nagle ze świetlanej, a krótkiej, jak błyskawica, wyrwy w mroku życia?
Podniosła rękę wysoko i krzyknęła ostrym głosem:
— Rzucić linkę!...
Znowu nurzała się w mknących hufcach fal, znikała w nich i śmigała tu i tam, jak wielka, czerwona ryba, szybko podpływająca do holownika.
Ze świstem i warczącym szmerem rozwinęła się w powietrzu linka z uwiązanym do niej ciężarem, lecz niewprawny majtek chybił i linka wpadła do wody, szybko się pogrążając.
Kilka minut trwało ryngowanie[1] linki, aż za drugim razem ciężarek upadł poza pływaczką, a cienki, twardy sznur dotknął jej pleców.
Elza schwyciła go i, podciągana do burty, płynęła ostrożnie. Silna dłoń zręcznie uczepiła się szczebli zwisającej drabinki i Elza stanęła na bujającym pokładzie, oszołomiona, wzruszona, ciężko dysząca.
Nagle przymknęła oczy i uczuła tak straszliwą słabość, że musiała się oprzeć o burtę.

Od kasztelu szedł do niej Pitt Hardful. Był bez czapki i dma zwichrzyła mu włosy. Tak! To był on... on, którego mogła w każdej chwili wywołać z pamięci, odtworzyć go w chwili rozstania na Lango,

  1. Skręcanie.