Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeżeli pani zmęczona, proszę wejść na pokład! Zaraz spuścimy drabinkę.
Elza nic nie odpowiedziała i szybko odpłynęła dalej.
Jednak ruchy ramion i nierytmicznie bijące o wodę nogi zdradzały coraz większe znużenie.
— Pani dawno już pobiła wszystkie rekordy, proszę wejść na statek! — wołał kapitan.
— Nie!... — dobiegła go odpowiedź Elzy.
Wtedy Pitt, wyraźnie wymawiając każde słowo, przemówił głosem, który w zdumienie pogrążył Juljana Miguela.
— Prosi panią o przerwanie bezcelowego dalej pływania kapitan Pitt Hardful... Eryk Stefan... Eryk Stefan!
Elza nagle stanęła w wodzie i wzrok wparła w miotający się na falach czarny kadłub holownika.
Nie dojrzała jeszcze tego, czyje imię tak niespodziewanie padło i przebiło zgiełk sztormowy. Parowiec zapadał się co chwila pomiędzy mknącemi grzędami bałwanów i znikał za ich ryczącemi grzywami, lub wylatywał na ich grzebienie, a wtedy znów — widniał tylko wysoki, ostry dziób, ociekający pianą i przepasany rdzawemi naciekami.
A jednak Elza wyraźnie usłyszała dwa, oddawna wymarzone słowa:
— Eryk Stefan!
Trzymając się w pionowej pozycji, oczekiwała, czy nie dobiegną raz jeszcze drogie słowa, stanowiące hasło jej życia...
Po długiej chwili przez plusk i syk wody, przez poszum i gwizd wichru doleciał przygłuszony okrzyk: