Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


został przekroczony — istotnie dalsze pływanie stało się bezcelowem...
Tak mówiły usta, poruszając się z trudem, lecz wielkie szafirowe oczy, rozszerzone niezwykle i pełne blasków gorących, krzyczały niemal rozpaczliwie:
— Zrozum, Eryku, zrozum to, czego nie mogę wypowiedzieć, gdyż nie jestem już Elzą z „Witezia“!
Pitt spostrzegł to promienne światło, sączące się z oczu Elzy, nie zrozumiał jednak znaczenia jego i nie posłyszał niemego wołania tych źrenic, szeroko rozwartych. Jak każdy mężczyzna wierzył jedynie słowom kobiety i pojmował treść uczuć jej i przeżyć, wyrażoną głosem, — tym najnędzniejszym, najmniej doskonałym narządem do wyrażania radości i bólu serca, do wyjawienia nakazów ducha.
Zdziwiły go słowa rybaczki, słowa, wypowiedziane wykwintną angielszczyzną, w zdumienie wprowadziła spokojna twarz Elzy Tornwalsen. Ukrył natychmiast wzruszenie pod maską dobrotliwej ironji.
— Stoimy tu, niby w holu hotelowym, a tymczasem wicher rwie, jak opętany! Pani się zaziębi! Musi się pani osuszyć przynajmniej... Hej, szyprze! Gdzie mam odprowadzić panią, aby mogła wypocząć i wyschnąć należycie?
Mały, czerwony, jak burak Baskijczyk wykrzykiwał coś, i ręką wskazywał na dziób holownika.
Gdy poszli ku kajucie, w której zwykle wysypiał się zawsze pijany szyper, wypadł z niej Juljan Miguel.
Był bardzo wzruszony i, bełkocąc coś niewyraźnego, rzucił się do Elzy i zaczął całować ją po rękach.
— Na Boga! — wykrzyknęła radośnie Elza. —