Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sportsmenem, mógł więc skorzystać z przepisów sportowych. Od czegoż są te przepisy?
— Hallo, rekinie Florydy! — rozległ się nerwowy okrzyk jednego z Amerykanów.
Te trzy słowa zdecydowały o losie jego.
Baldwin spuścił oczy i, zaciskając szczęki, wycedził przez zęby:
— Płynę...
— All right! — krzyknęła Elza, a głos jej był podobny do skwiru drapieżnego ptaka. — All right, płyniemy zatem!
Sędzia, podnosząc kapelusz, co uczynił bez żadnego powodu, rzekł uroczystym głosem:
— Wyścig pomiędzy madame Tornwalsen i monsieur Baldwinem na ogłoszonych przed chwilą warunkach odbędzie się bez względu na niesprzyjającą pogodę!
— Hurra! — krzyknęli Amerykanie, otaczając swego pływaka.
— Hurra! — odpowiedział im, jak mógł, najgłośniej niezwykle podniecony lord Warwick, a stojąca przy nim grupa Anglików, uśmiechając się dyskretnie, podtrzymała ten okrzyk i natychmiast otoczyła Elzę.
— Popłynę z komisją sędziów! — wołał, potrząsając ręce młodej kobiety, Warwick. — Będę śledził, aby wszystko było w porządku. Niech tylko pani nie ryzykuje zbytnio, bardzo proszę o to! Dla tak błahego powodu, jakim jest zwycięstwo nad amerykańskim „asem“ pływackim, doprawdy, nie warto stawiać na kartę tak cennego życia, jakiem jest...
Elza przyjaźnie uścisnęła ręce profesora i odpowiedziała smutnym głosem.
— O, mój drogi lordzie! Mr. Stanton Baldwin nie