Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jest dla mnie żadnym powodem. Powiedziałabym, że raczej odgrywa w moich oczach rolę stołu, na który rzucam swoją kartę w grze o całkiem odmiennych, prawie nikomu nieznanych pobudkach...
Lord Seebold Warwick z nieukrywanym zachwytem wpatrywał się w spokojną i, jak zwykle, trochę smętną twarz młodej kobiety, nie wypuszczając jej ręki.
— Do stu siarczystych piorunów! Jestem świadkiem sceny miłosnej... — zaklął pocichu Pitt Hardful i zdziwił się, że widok tych dwojga ludzi, złączonych mocnym uściskiem dłoni, sprawia mu przykrość.
— Co mówicie, sztormanie? — zapytał rudy Miguel.
— Mówię, że jesteś straszliwie ciekawy i że piekło już rzuciło na ciebie swoje błyski czerwone... — odparł kapitan.
Odpowiedź była napozór wesoła i wyrażająca dobry humor mówiącego, lecz Juljan Miguel w mig przyłapał nagły skurcz, przebiegający przez twarz Pitta Hardfula, więc milczał, o nic więcej nie pytając.
Kapitan tymczasem przyglądał się temu, co się działo na skoczni.
Kilku reporterów, lord Warwick, dwie damy i pięciu sędziów przechodziło na statek, który, mimo, że stał dopiero w zatoce, mocno pląsał na falach i to zapadał się pod platformę skoczni, to wyskakiwał do półburty nad nią, co chwila przewalając się na prawy bok.
Wreszcie, sapiąc i dymiąc, statek Jacht-Clubu odbił od przystani.
Jacyś panowie zwolnili skocznię od publiczności i pozostawili tylko współzawodników z ich pomocnikami.