Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cie przełożyło ster na inną ryzę. Cosik mi świta w głowie! No, tak! Niezawodnie! Teraz ona poprowadzi naszą krypę... a sztorman?... O, sztorman! Ten niewiadomo co wtedy uczyni...
Znowu zatroskał się Juljan Miguel i przyspieszył kroku, przyrzekając sobie na pociechę dobrą szklankę wina w drodze powrotnej.
Nazajutrz Pitt Hardful z Miguelem byli już na przystani Jacht Clubu od rana, niemal pierwsi, i zajęli miejsca tuż przy skoczni.
Kapitan poklepał przyjaciela po ramieniu, spostrzegłszy, że czarny holownik straszliwie dymi przy małej przystani, w pobliżu latarni Socoa.
— Czy dobry szyper — na tej kadzi? — spytał.
— Czy dobry — tego nie wiem, ale, że był w dym pijany — to rzecz pewna! — zaśmiał się Juljan.
— No, to świetnie! — ucieszył się Pitt. — Pijany marynarz przez morze pieszo przejdzie!
— Tak, lecz na to trzeba takiego olbrzyma, jak nasz Mikołaj Skalny, a ten to mały jest, czerwony i gruby, jak baryła! — odparł wesoło Miguel.
— Niech będzie, jak baryła! — zgodził się dobrodusznie kapitan, a takim głosem, że zdumienie znowu ogarnęło rudego Hiszpana. Stanowczo nigdy nie widział swego sztormana w tak wyśmienitym humorze.
— Dziwy! Dziwy! — szeptał do siebie Miguel. — Co mu się mogło przydarzyć? W nocy był zatroskany, a rano — wesoły, jak szczygieł!
I znowu mimowoli powrócił myślą do Hadsefjordu, mglistej wyspy Lango i starej, czarnej chatki Lilit...
Wreszcie machnął ręką i mruknął: