Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nabiegające szeregi piennych gór, zapadał się do otchłani mętnych, wylatywał na grzbiety syczących bałwanów, rozmiotanych, rozszalałych, bujnie, dziko rozradowanych, podobnych do potworów wściekłych, niebacznie wypuszczonych na wolność.
Wtedy Elza spostrzegła to, czego przedtem nigdy nie widziała.
Ujrzała na twarzy stojącego na dziobie bosmana-przybłędy cierpienie ciężkie, gryzące. Znała cierpienie, jego ból i mękę, lecz nigdy nie widziała, żeby wszystko to, co gnębi, w rozpacz pogrąża, osłabia i obezwładnia, przeistaczało się nagle w jakąś wrącą głęboko walkę wewnętrzną, z której rodzi się postanowienie niezłomne, jakieś wyższe nakazy, jakiś upór nieludzki prawie i spokój oczyszczający, lecz obojętny, jak błysk stali.
Siwir... Biały Kapitan... Pitt Hardful!...
Obce, nic nie mówiące imiona, lecz i one, jak ta męka, ból i rozpacz, przeistoczyły się nagle w coś bardzo drogiego, co pochłonęło całe jej życie i co mieściło się w dwóch słowach:
— Eryk Stefan!
Wzrok zadumanej kobiety pobiegł znowu ku obrazowi, przedstawiającemu stojącego przy sterze świętego Eryka, a usta jej poruszyło westchnienie, a może szept modlitwy.
I znowu nadleciał, zaszumiał sztorm, zerwał z haka okiennicę i zatrzasnął ją gwałtownie. Brzękły szyby, wydęły się firanki i kotary, jak żagle, gdy w nie dma uderzy.
O, jej miłość do Białego Kapitana nie była podobną do sztormu!
Jak lekka bryza pędziła ona życie ku nieznanemu