Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Widziałeś? Rru nie kładł się. On czuwa za wszystkich...
— Widziałem — odparł Boro. — Y wlazł na wysokie drzewo i długo oglądał okolicę. Potem — zniknął...
— Odszedł? Nie spostrzegłem tego. Myślałem, że wódz siedzi w tych krzakach i naradza się z Llo... — szepnął chłopiec.
— Widziałem, że przerzucił łuk przez ramię i zbiegł do wąwozu — dodał Boro. — Wódz obmyśla coś...
Umilkli i zaczęli chodzić dokoła obozu.
W godzinę potem dwu innych chłopców zastąpiło ich na czatach.
Ledwie się rozległ pierwszy krzyk juju — małej szarej papużki senegalskiej, a po niej basowe gruchanie korasy — zielonego gołębia, zwiastujących koniec skwaru dziennego, z krzaków wyślizgnął się Y.
— W drogę! — krzyknął, podnosząc z ziemi swój ciężki tłumok z rybami. — Będziemy teraz szli aż do nocy. Musimy się śpieszyć!
— Dlaczego mamy się śpieszyć? — zapytał go szeptem Llo. — Mamy przecież zapasy pożywienia i wody...
— Za parę dni woda zacznie się psuć, a tymczasem, gdyście wypoczywali, obiegłem kawał