Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ślin; co chwila spotykali olbrzymie piony zwalonych drzew lub haszcze, przez które z trudem torowali sobie drogę, przerąbując maczetami wąskie przejścia wśród zarośli.
Zmieniając się co godzina przy noszach, chłopcy posuwali się jednak naprzód.
Y dał znak do zatrzymania się tuż przed południem. Posiliwszy się naprędce, chłopaki pokładły się. Mogły wypoczywać ze trzy godziny, te najstraszliwsze godziny, gdy słońce jakgdyby się wścieka, wylewając na ziemię prażące promienie.
Nawet w mroku dżungli dawał się odczuwać ten nieznośny skwar. Panowały tu zaduch i spiekota. Umilkły ptaki; żadna żywa istota nie śmiała wyjrzeć ze swej zacienionej kryjówki; pochowały się owady, a drzewa i krzaki opuściły bezwładnie liście i młode pędy.
Wędrowcy zapadli w twardy sen. Dwóch, pozostawionych na czatach chłopaków siedziało na uboczu, rozglądając się dokoła i nasłuchując.
Byli to Boro i Umaru. Siedzieli milcząc, czujni i przejęci swojemi obowiązkami wartowników.
Po pewnym czasie Umaru spojrzał na towarzysza i spytał go: