Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ten mały zajdzie wysoko... — mówił stary murzyn do żony. — W głowie ma wszystko w porządku, a jest bardzo pracowity.
— Daj mu Boże! — odpowiadała żona. — Dobre to dziecko, potulne, do roboty ochocze, a zawsze pogodne! Bardzo lubię Y i Llo!
— Szkoda tylko, że nie są chrześcijanami... — dorzucił Bim. — Niedawno rozmawiałem o tem z Y, a on długo mi opowiadał, że jego bóg nazywa się „Wspaniały”, że jest dobry i może uczynić wszystko, co zechce.
— To znaczy, że wierzy w Istotę najmiłościwszą i wszechpotężną, która jest Bogiem! — z westchnieniem pobożnem szepnęła kobieta. — Y i Llo postępują tak, jak powinni postępować prawdziwi chrześcijanie. Zawsze gotowi są pomóc każdemu, nie są mściwi, ani zawistni — dobre, bardzo sprawiedliwe dzieciaki! Bóg ma je w swojej opiece z pewnością, bo czyste to dusze!
Znowu przez kilka miesięcy pracowali chłopcy w jadłodajni Czarnego Bima, aż pewnego razu zdarzył się wypadek, który zmienił nagle ich dalsze losy.
Przedsiębiorcy, dostarczający ostryg do restauracyj i jadłodajni, ogłosili konkurs dla otwieraczy ostryg, przeznaczywszy dla zwycięzcy, jako nagrodę, pięćset dolarów.