Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ły, więc nie rozumiesz, że upadamy ze znużenia... Dość już tego błąkania się po dżungli i górach, dość głodu, pragnienia i ciężkiej pracy!...
— Zawdzięczając temu — staliście się mężczyznami! — zawołał Y.
— Chcemy spokoju, nie możemy dalej tułać się, oszczędzając każdy kawałek mięsa i każdy łyk wody! — warknął Dil.
— Tak! Tak! — podtrzymywali go inni chłopcy. — Dobrze mówi Dil!
Wódz zrozumiał, że wyczerpane murzyniątka zupełnie upadły na duchu, a namowy jego i wyrzuty już na nic się nie przydadzą, więc tylko wzruszył pogardliwie ramionami i, skinąwszy na Llo, szepnął do niego:
— No, a ty, mały Llo, czy też wolisz polewkę mięsną i tłustą kaszę, niż wolność i nieobitą skórę?
Chłopak błysnął oczami i odparł natychmiast:
— Lubię polewkę i kaszę, lecz bardziej lubię swoją skórę. Za byle co nie oddam jej, rru! Pójdę za tobą wszędzie! Gdzie Y — tam i Llo!
— Dziękuję ci, przyjacielu! — zawołał wódz wesołym głosem.
Usiedli na podłodze pod oknem i jęli naradzać się szeptem.