Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odpowiedź stanowcza, a straszna zarazem, przyszła natychmiast.
Oto jedna po drugiej jazgocące małpki zaczęły się szamotać, skakać, zrzucać coś z siebie, miotać się jeszcze bardziej, wydawać obłędne, rozpaczliwe jęki.
Y nie wątpił już, że mrówki zwęszyły zdobycz, wpełzły na drzewo i sunęły ku osaczonym zewsząd małpkom. Istotnie tak było, bo oto najmniejsza z nich ześlizgnęła się z gałęzi i z krzykiem runęła na ziemię, gdzie znikła natychmiast okryta tysiącem ruchomych ciałek żarłocznych manjan.
Chłopak, przejęty zgrozą, nie mógł ruszyć się z miejsca.
W tej chwili uczuł tak silne, palące ukłucie, jakgdyby wylano mu na stopy strugę parzącego ukropu, a potem jeszcze inne — boleśniejsze.
Odbiegł kilkanaście kroków i obejrzał sobie nogi. Aż krzyknął z przerażenia, ujrzawszy, że były okryte mrówkami. Czepiały się jego skóry i wpijały się w nią. Szybko zrzuciwszy z siebie napastników, Y pomknął przez las.
Kilka razy jeszcze napadały go mrówki. Należały do daleko wysuniętych naprzód oddziałów wywiadowczych, poprzedzających główną