Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dżunglę i wyszli na kamienistą płaszczyznę, stopniowo podnoszącą się ku górom.
Przekonawszy się, że cała gromada pędziła już po przez las, Y przystanął i po chwili namysłu ruszył na zwiady. Szedł ostrożnie, oglądał uważnie i nieufnie każdą piędź ziemi, lecz posuwał się w kierunku zbliżających się manjan.
Szedł tak przez jakie pół godziny, a gdy ujrzał niegłęboki jar, zatrzymał się nagle.
Obraz, który przedstawił się jego oczom, na zawsze utkwił mu w pamięci.
Na wysokim baobabie o uschniętym wierzchołku, strzaskanym niegdyś przez piorun, z przeraźliwym wrzaskiem miotało się kilka zielonych małpek. Zachowanie ich zdradzało bezgraniczne, niemal obłędne przerażenie. Małpki co chwila wdrapywały się na sam szczyt leśnego olbrzyma i usiłowały przeskoczyć na sąsiednie drzewo. Nie miały jednak odwagi. Baobab stał na znacznej odległości od otaczających go młodych mahoni i rafij.
Dlaczego małpki nie chciały zsunąć się na ziemię i ukryć na innych drzewach? Cóż przerażało je i zmuszało wdrapywać się coraz wyżej aż tam, gdzie suche gałęzie nie wytrzymywały już ich ciężaru i z głośnym trzaskiem łamały się pod niemi?