Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolumnę pochodu. Ku wielkiej swojej radości, przekonał się, że przewidywania jego sprawdziły się całkowicie. Manjan obrały kierunek przez dżunglę, lecz na kamienistą, jałową płaszczyznę nie wychodziły wcale.
Przebiegłszy sporą część przedgórza, Y zatrzymał się i obejrzał okolice. Jak okiem sięgnąć, widział przed sobą pustynne zbocza górskie, najeżone kopcami termitów i okryte tam i sam spaloną przez słońce brunatną, sztywną trawą.
Ani jednego ze swoich towarzyszy chłopak nie spostrzegł nigdzie. Zaczął krzyczeć, lecz tylko echo odpowiedziało mu od strony grzbietu górskiego.
Wtedy Y, złożywszy na ziemi swój ładunek — łuki, włócznie, kołczany ze strzałami i sieć rybacką, maczetą zaczął ścinać trawę i grube naroście liszajów, okrywających głazy.
Ułożył tego spory stos, przywalił go kamieniami i przysypał piargiem, aby ognisko nie mogło rozpalić się w pełni i dawało jak najwięcej dymu.
Znalazłszy wśród osypów mały odłamek krzemienia, Y jął rozpalać ognisko. Miał wszystkie potrzebne na to przedmioty. Maczeta zastępowała mu krzesiwo, hubkę — rdzeń pospolitego