Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.






ROZDZIAŁ XV.

Przyszło lato 1915 roku.
Z małego domku, z wiszącym nad drzwiami szyldem ubogiej restauracyjki „Puits de Jacob“ wyszedł mały, krępy człowiek, o żółtej twarzy i ciemnych oczach skośnych.
Popatrzył na lazurowe niebo i szedł w stronę Belvoir-Parku, uśmiechając się do niebieskiej, tryskającej blaskiem oślepiającym tafli jeziora Zurychskiego.
Na wybrzeżu stanął i oglądał przechodzącą publiczność, ogarniając złym, ponurym wzrokiem wystrojone kobiety, mężczyzn w białych spodniach i koszulach sportowych, czeredę wesołych, szczęśliwych dzieci.
Łuki brwi mongolskich marszczyły się, zacięte wargi drgały chwilami, coś szepcąc bez dźwięku.
Nagle uśmiechnął się radośnie i przyjaźnie.
Wysoki, atletyczny człowiek w jasnem ubraniu i miękkim kapeluszu szedł sprężystym krokiem, zlekka kołysząc się na mocnych biodrach.
— Hallo, Mr. Lenin! — krzyknął zdaleka i na ogolonej, spalonej słońcem i wiatrem twarzy wykwitnął łagodny, prawie dziecinny uśmiech.
Patrząc stalowemi oczami, w których migotały iskierki wesołości i lekkiej ironji, zamaszyście potrząsnął ręką Lenina i poklepał go po ramieniu.
— No, cóż, jedziemy? — spytał, nabijając fajkę.
— A jakże! — odpowiedział Włodzimierz. — Dziś mam wyjątkowo wolny dzień. Chcę go spędzić z pożytkiem i przyjemnością, Mr... King.
— Pan zawsze musi się potknąć na mojem nazwisku! — zaśmiał się Amerykanin.
— Muszę wyznać, że przez moje gardło nie przechodzi ono z łatwością! — zgodził się Lenin. — Też jakieś złe duchy

LENIN12