Strona:F. A. Ossendowski - Lenin.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
164
F. ANTONI OSSENDOWSKI


Uśmiechał się cicho, niemal łagodnie, jak zwykle, gdy wiedział, że rozważył wszystko dokładnie i był pewien powodzenia.
Szedł dalej, obojętnym wzrokiem ślizgając się po usianem gwiazdami niebie. Było mu ono obce, nieciekawe dla niego, bo dalekie, nieuchwytne. Oczy wesołe, ostre, przenikliwe wbijał w ziemię, w góry, czarną zębatą ścianą występujące na niebie, w lasy ciemne, w okna chat góralskich, które świeciły się z obydwuch stron drogi.
Ziemię wyczuwał całą swoją istotą.
Przenikały go przyziemne drgania, zalatywały od pól, boru i chat ubogich szmery i szepty; rozumiał je i odpowiadał na nie myślami i cichą radością, odczuwaną w sercu.
Dziwne są zrządzenia nieznanego ludziom przedwiecznego wyroku!
Oto w tej chwili, w mroku nocnym, na drodze, piaskiem zasypanej, wpobliżu wiosek, ukrytych w rozłogach górskich, szedł samotny człowiek. Niósł pod kopułą potężnej czaszki myśl, mającą wstrząsnąć światem całym; tu pod namiotem starych wierzb przydrożnych zapalały się ognie w zuchwałych oczach skośnych, widzących wszystko, co żyło, myślało i cierpiało za temi górami i za dalekim horyzontem, a zamierzających żarem swym zapłodnić nienawiść, aby wydała obfity, wiekuisty plon miłości; przez rozklekotany, drewniany mostek, przerzucony nad wartkim potokiem, kroczył człowiek o żółto-bladej twarzy dalekich przodków mongolskich i myślał o zburzeniu wszystkiego, co przez wieki krwawej walki i orlego lotu genjuszu budowały tysiące pokoleń, dążących do szczęścia i kierowanych podświadomem dążeniem do bóstwa.
W nieznanym, drobnym zakątku górskim szedł taki człowiek. W tej samej chwili we wspaniałych pałacach władców, parlamentów, bogaczy, w świątyniach wiary i nauki, w zacisznych pracowniach twórców wojny, wiedzy, pokoju i ładu płynął swojem łożyskiem niczem nie zmącony potok codziennych trosk i zagadnień, jakgdyby wyrytem przed wiekami i na wieki korytem. Nikt nie przeczuwał dążącej katastrofy, spowodowanej słowem, które mogło kiedyś stać się ciałem; nikt nie podejrzewał, że gdzieś w zaciszu Tatr oddychał