Strona:Emil Szramek - Ks. Norbert Bonczyk.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zabawa; oprócz tego chciał młodzieńców przyzwyczaić do publicznego występowania. „Chłop nie mowny a kot nie łowny, powiadał, obaj jedną drogą chodzą, t. j. obaj nie wiele warci“. I tu czasem jakiś gość wystąpił z wykładem; jednakowoż najczęściej sam przemawiał i „mówił o sprawach najbliżej wówczas obchodzących kościół nasz, a więc nieraz o sprawach aktualnych, politycznych, o Windhorście i działalności Centrum w odpornej walce z kulturnikami. Mówił poprawnie po polsku, nawet wytwornie czasem, a przytem z werwą i wszyscy go rozumieli i lubili bardzo jego sposób mówienia. Innym razem mówił więcej o rzeczach moralnych, ale nie zaniedbywał też spraw dotyczących historji dawnej Śląska, kościołów i klasztorów jego, a przytaczał opisy i wiersze cudze i własne dla okraszenia opisu“. Tak pisał w r. 1896 dr. Chłapowski. Bywały też deklamacje i czytania z arcydzieł literatury polskiej, które ks. Bonczyk zaraz objaśniał i tłumaczył wciąż powtarzając przytem: „Jak też to piękne! Gdybyście też to zrozumieli!“ Lubił bardzo swych Alojzjanów i chociaż czasem zupełnie już był na siłach wyczerpany, chociaż mu w dni słotne gościec (reumatyzm) dokuczał, chodził na zebrania, aby „się choć pokazać“. Pewnego razu czuł się tak słabym i chorym, że siedząc na jednem krześle musiał nogi wspierać na drugiem, by sobie ulżyć w bólu, ale zebrania nie opuścił. Na wzór bytomskiego związku i w in-