Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— A co więcej?
— Jakiżeś ciekawy! Czy myślisz, że wyuczyłam się na pamięć wszystkiego, co był łaskaw mówić?
— Strzeż się, on cię daleko zaprowadzi jeśli się będziesz z nim wdawała!
— Przecież nie mogę mu zabronić mówić?
— Przyznaj się, że go słuchasz z przyjemnością!
— Ani z przyjemnością ani z przykrością. Wchodzi to jednem uchem, a drugiem wylatuje.
Jep zmarszczył brwi, niezadowolony z tych wyjaśnień a Bepa niecierpliwiła się:
— Cóż to znowu za komedye! Doprawdy za dobra jestem, że ci się tłumaczę. Cóż ciebie to obchodzi mój mały? Mój ojciec chrzestny nie najął cię chyba do szpiegowania mnie... prawda? Nie jestem obowiązaną zdawać ci sprawy.
— Jeśli ci zawadzam to wystarczy powiedzieć... nie będę miał trudności w umieszczeniu się gdzieindziej.
— Doskonale! Przynajmniej będę miała spokój, gdy ty sobie pójdziesz... Czy kto widział co podobnego! Młodziak ośm nastoletni poważa się dawać mi nauki!...
Bepa odchodziła rozgniewana... Jep gryzł się... nieporozumienie i zerwanie ostateczne, zawsze... trwało kwadrans. W gruncie rzeczy nie mogli się już obejść bez siebie. Jep zdradzał się ciągle, zbyt