Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ją do siebie i mówił słowa dobrotliwe i ojcowskie, równocześnie rzucając spojrzenie pełne pożądliwości. Jep byłby chętnie na dostojnem obliczu uwiecznił koniczynę pięciolistną, ale gdy się jest biednym, trzeba szanować klientelę. Więc zadawalał się tem, że póty podsuwał dostojnikowi pod sam nos rozgrzane do białości sztaby żelaza, nibyto przenosząc je na kowadło, aż przerażony poczciwiec zdecydował się w końcu na odwrót.
W gruncie rzeczy zamiary tych wszystkich zalotników nie niepokoiły Jepa na seryo, gdyż Bepa pierwsza się z nich wyśmiewała, gdy tylko byli za drzwiami, ale obawiał się czego innego, sądził, że w bracie, Galderyku, ma poważnego rywala. Od chwili powrotu brata młodszego skłonność, którą Galderyk żywił ongi dla Bepy, poczęła widocznie wzrastać. Tak kierował, by się z nią zawsze spotkać, a że ziemia Bernadachów sąsiadowała z małym kawałkiem roli, który udało się kowalowi uratować wśród katastrofy, więc okazyj spotkania się nie brakło. Rozmawiali z sobą często, ona z jednej strony płotu, on z drugiej. Jak na mruka jakim był Galderyk było to wiele, było to poważne staranie się o rękę. Jep podsłuchał te rozmowy i od owej pory ustawicznie bał się.
Gdy dziewczyna wracała z pola pytał ją, dowiadywał się czy spotkała Galderyka i co jej mówił.
— Powiedział mi dzień dobry.