Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

sterczącemi z poza uszu. Nie zniechęcało go to jednak. Palił papierosy i przesiadywał godzinami całemi, jakby czuł przez drzwi, które Bepa za sobą zamykała, zapach świeżego dziewiczego ciała.
Giresse, miłośnik łowów zatrzymywał się też często przed drzwiami kuźni, zwłaszcza powracając z polowania. Opowiadał o swych celnych strzałach, rozkładał na warsztacie zdobycz, to zająca, to kuropatwę. Dragon, urodzony smakosz, ogromnie lubił brać do ręki zwierzynę. Badał wagę zająca, dmuchał w pierze kuropatwy, by zobaczyć czy mięso pokryte jest dostateczną warstwą tłuszczu. Wtedy ugrzeczniony myśliwy, ofiarowywał kowalowi, część zdobyczy, a tenże nie mógł naturalnie nie zaprosić go na obiad, lub kolacyę. Giresse ochotnie przyjmował zaproszenie, mniej żądny potraw, jak kucharki samej.
Bo też ładną była Bepa! Krążyły dokoła niej pożądania wszystkich mężczyzn. W sali tańców czy w kościele, gdy tylko weszła, wszyscy zwracali się w jej stronę. Przeszkadzała się modlić pobożnisiom, w szał wprawiała danserów. By tylko spojrzeć na nią. ludzie przychodzili ciągle do kuźni. Nawet sam Caffe, człowiek starszy, pod pozorem doglądania roboty kraty ogrodowej nie zapominał nigdy zjawić się u Malhiberna, a gdy Bepa, była obecną przedłużał swą wizytę. P. Caffe, bardzo dostojny i poważny, w białym krawacie jak notaryusz, obejmował w pół dziewczynę, przyciskał