Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

stopami pochyliła się w dół i gdy spuszczał się uboczą spadającą ostro w dolinę rzeki Tét, na horyzoncie ukazała się jego oczom znana dobrze, a od lat niewidziana sylwetka Canigou. Samotny, zagnany w lazury sterczał szczyt ostry, w powagę surową przyodziany, ponad siecią ciemnych dolin. Śnieg go płaszczem pokrywał spływającym aż ku lasom Balatg, ku amfiteatrowi skał Roc-Mosquit, płaszczem grubym, który zdawał się urągać żarowi słońca.
Ale wyprzedzając myślą porę roku, Jep wyobraził sobie góry w szacie wiosennej, ustrojone w zioła i kwiaty, tak, jak wyryły się ongi w dziecięcej jego duszy, jak wielbiła je słynna, stara piosnka, co stała się pieśnią narodową rasy całej:

Montanyas regaladas
Son las del Canigou
Gue tout l’estia florixen,
Primavera y tardor.

»Góry obfite w strumyki, są to góry Canigou, pokryte kwieciem przecudnem, od wiosny aż po jesień«.
Jep rzucił tę zwrotkę z pełnej piersi i oto, jak gdyby tkwił czar jakiś potajemny w słonecznej pieśni, drżącej od żaru ust tylu zakochanych, którzy ją śpiewali, powietrze nagle pocieplało naokół, a wiatr od Rosas, wiatr hiszpański, począł wiać lekko, pieszczotliwie muskając i topiąc białą powłokę śniegu spadłego tego ranka, pokrywającą skaliste zbocza Roque-Jalére. Woda szemrząca, strumykami biegła w dolinę, wzdymała się w kaskady