Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

sujący się na jasnym, o zimnym tonie, szafirze nieba wrześniowego. Za nim znowu, kotlina rzeki Agli, Tour de France, Estagel, a w tyle, więcej na prawo, w zamgleniu oddali, blade sylwetki ostatnich przylądków pochylały się nad stawami, nad morzem. Sijean, niewidzialna Narbona, musiały tam gdzieś leżeć, a na lewo stożek góry Burgarach, czarna cytadela, stojąca na skraju łańcucha górskiego departamentu Aude, świadczyła o sąsiedztwie miast Guillan, Saint-Paul i krainy Pays Bas.
Jep odczuł pewną dumę, że przewędrował wszystkie te kraje, że zwiedził wszystkie te miasta i wioski, ale równocześnie słodycz go ogarniała jakaś na myśl, że wraca do miejsc rodzinnych. Przychodził innym, niśli stąd wyruszał. Bogaty był w myśli nowe, wolę świeżą, tak świeżą i bujną, jak wąsiki, które muskał czasem z gestem naiwnej próżności. Była wielka różnica pomiędzy małym chłopcem, wymykającym się przed dwoma laty z rodzinnej wioski, a młodzieńcem, jakim był teraz, robotnikiem zdolnym i wyćwiczonym, mającym zawód w rękach i miejsce u majstra. Jep zadowolony był z siebie, zadowolony ze swego losu.
Po raz dwudziesty może od chwili otrzymania odczytał list starego Malhiberna, list, który skłonił go ostatecznie do powrotu.
»Kochany Józku, zapewne powiadomiono cię o nieszczęściu, jakie mnie spotkało, o śmierci mego biednego syna Ferreola, zabranego przez tyfus. Mu-