Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

czam, że zostaną ochotnie przyjęte. Biedne kobiety, nie tęgo z nimi.
— A więc pani Sabardeilh nie mieszka sama?
— Myślałem, że panu wiadomo... mieszka razem z pewną swą przyjaciółką z Katlaru, Bepą, córką kowala. Zarabiają tutaj na życie, spędzając całe dni na szyciu bielizny i na praniu. Ale pracy niema wiele w Thuès, nie mamy tu bogaczów, każda rodzina starczy sama dla siebie. Biedaczki zarabiają więc ledwie na chleb powszedni.
— A po rodzinie nic nie zostało tej Bepie?
— Wydaje się, jako rodzice jej swego czasu mieli się dobrze. Podobno jest zaręczoną z jednym z młodych ludzi z Katlaru, który pracował w kuźni jej dziadka. Ale biedaka uwięziono z racyi powstania niedawnego. Siedzi właśnie teraz w więzieniu, a że dziadek umarł, więc dziewczyna pozostała sama.
— Ten młody człowiek ożeni się z nią zapewne, bo jak pan mówi jest po słowie z Bepą, chyba, że ona tutaj znalazła innego kochanka. Słyszałem, że ta Bepa ma być ładna i z ócz jej sypią się często iskry. Ma być kokietką na gruby kamień.
— O panie, kokietką nie jest, a z oczu jej padają nie iskry, ale łzy. Czeka, ale któż wie jak długo czekać będzie zmuszona. Przyszły teść nie godzi się na małżeństwo, a młody narzeczony niema jeszcze lat odpowiednich, by mógł się obejść