Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

stała się tutaj szczeliną w niektórych miejscach zaledwie tak szeroką, że zmieściła się w niej rzeka i droga. Wsie czepiały się jak mogły stromych urwisk, sady migdałowe i oliwne wydrapywały się jeszcze wyżej w górę, a ponad nimi panował chaos skał, głazów ostrokańciastych i drzew skarłowaciałych. Ani morga uprawnej ziemi. Ludzi tu mieszkających plony żadną miarą wyżywić nie mogły, upłazy za upłazami, przepaści za przepaściami! Oj co za kraj! Siwa się zadyszała, Bernadach poczerwieniał od klątw, a Thuès nie pokazywało się. Znikło gdzieś poprostu.
Wreszcie ukazało się. Siedziało na rzece niby na koniu okrakiem; domy z tej i domy z tamtej strony, kościół zaś pionowo ponad domami wisiał uczepiony do stopnia skalnego. Przy drodze stał zajazd z szyldem ogromnej wielkości. Bernadach wyprzągł konia, a wyprzęgając już począł zasięgać języka. Pytał o niejaką panią Sabardeilh, która, jak mu mówiono podobno mieszka w Thuès, czy też okolicy.
— W samem Thuès — potwierdził oberżysta. — Oto właśnie w tamtym domu. — Wskazał najbliższy dom stojący pośród drzew kasztanowych. — Pan zna zapewne panią Sabardeilh?
— Jej samej nie, ale pewne osoby jej bardzo bliskie, a że miałem tędy przyjeżdżać polecono mi załatwić z nią pewną sprawę.
— Jeśli przywozisz pan pieniądze, to zarę-