Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

majstrze widzieć stos zapalony na uciechę — rzekł, zwracając się do Malhiberna.
— Pójdę go obejrzeć z bliska. Gorąco będzie nie złem lekarstwem na mój reumatyzm! Nie sądźcie, żebym was miał oczekiwać w łóżku.
— Będzie tam dość ludzi bez was. Nie idźcie majstrze. Gdy rzecz się powiedzie, przyjdę po was. Będziemy razem bankietowali. Wypijemy na cześć czerwonej Republiki winem podprefekta.
— Najprzód będę się bił. Nie bój się! Jestem jeszcze żwawy.
— A więc — upomniała się Bepa — zostawicie mię samą? Za kogóż to mnie macie. Jeśli ojciec chrzestny pójdzie, pójdę i ja. Oto mój kij podróżny! zakończyła, chwytając lancę.
Jep porwał ją w objęcia.
— Wybornie! — krzyknął. — Jesteś prawdziwą Katalanką!
Gdy chowali klucz od kuźni pod próg, doszedł ich hałas jakiś. Płynął z płaskowzgórza Saint Jaume.
— Słuchajcie! — rzekł Jojotte.
Głosy dochodziły coraz wyraźniej, słychać było równocześnie stuk sabotów po kamieniach ścieżki skalnej.
Nadchodził dziesiętnik z Comes ze swymi rzeźnikami i pasterzami z... cortalów... Galiny i wąwozu l’Orri. U wyjścia z wioski oba oddziały się spotkały. Górale szli w dwu kolumnach po pięciu,