Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

którego przeczytanie mężnie podjął, by zaprawić się do niebezpieczeństw wojny domowej.
— Znowu ten nieznośny kowalczuk! — mruczał proboszcz i zabierał się ponownie do przerwanej snem lektury.
Cóżby był na to powiedział, jakież zmory byłyby go we śnie dusiły, gdyby mógł był zobaczyć co się w kuźni dzieje... jak jego własny współpracownik Jojotte szoruje ze rdzy mężobójczą stal.
Pracowali wszyscy. Sabardeilh, na którego twarz padały z ogniska czerwone połyski, dął w miech, Bepa skubała starą bieliznę na szarpie. Nie przerywając roboty opowiadali sobie nowiny i pogłoski niewiadomo skąd się biorące, nieprawdopodobne i sprzeczne.
Wieści te głosiły raz, że Republika tryumfuje, Ledru-Roilin jest w pałacu Elizejskim, nazajutrz znów, że powstanie zgniecione a Bonaparte zwycięzcą na całej linii. Czemu wierzyć? Ramon, centuryon z Ria był mężem zaufania; według niego wszystko szło dobrze. Stefan Arago miał przybyć do Prades pocztą, p. Malfré go oczekiwał. Bezpośrednio po przybyciu miał stanąć na czele powstania... konno, w mundurze pułkownika gwardyi narodowej. Pito tedy za zdrowie Araga. Jojotte tańczył menueta, Jep całował Bepę, a Sabardeilh intonował »Paryżankę«. Najbardziej rozentuzyazmowanym ze wszystkich był jednak stary dragon. Porywał świeżo okutą lancę i potrząsał nią groźnie.