Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mi, życia i dusz ludzkich, przejrzały się w tych oczach mądrych, czystych i dalekim ogniem gorejących. Morze cierpienia wypić musiały usta jego, przedwcześnie pobladłe, — lecz gorzkie i zdradliwe pocałunki ziemskie, które wyssały z nich młodzieńczą krasę, nie zdołały wyssać rozlanego po nich morza dobroci.
W krótko ostrzyżonych włosach i długiéj brodzie młodego jeszcze Cezara bielało srebro siwizny. Wyciągnął rękę ku temu pięknemu dziecku, które, z tęczą nad czołem, gibkie swe członki wyciągało na skórze tygrysiéj i ze smutnym wyrzutem zawołał:
— Cezarze! Cezarze! Cezarze!
— Do kogo mówisz, Aureli, do siebie, czy do mnie? Jeżeli do mnie, dla czego mi przypominasz wysoką dostojność, którą mniéj swoim żądaniom, ile twéj łasce zawdzięczam.
— Dla tego to uczyniłem, Lucyuszu, abyś pomyślał, że błogosławionemi są te tylko szczyty, z których spływają zdroje czyste i krzepiące. Przekleństwo jest echem tych, którzy, wyniesieni nad innych, jako wulkany ogniem i popiołem, zieją na ludzkość błotem występku i pianą szaleństwa.
Różowe usta Lucyusza zadrgały śmiechem.
— Na Adonisa, boga czarownéj wiosny! Już ci ta szronem okryta zima mnóstwo czarnych rzeczy naszeptać musiała o mnie! Mówię to o uko-