Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bardzo wesołą zabawę. W chwili, gdy twój posłaniec przybywał do mojéj wilii, z Agaklitem, Eklektem i innymi przyjaciołmi mymi grałem w kości, a Fortuna była mi tak przyjazną, jak gdyby opiekować się chciała najmniéj nawet godnym jéj łask członkiem Antoniuszowego rodu. Przez dwie godziny ani razu nie wyrzuciłem asa, a pięć razy same szóstki wypadły mi z rogu. Boski rzut Wenery! Miałem go dziś pięć razy i szósty miałbym pewno, gdyby nie oznajmiono mi, że ty mnie wzywasz. Posłuszny ci jestem, jak kochający syn dobremu ojcu. Przybyłem natychmiast. Ale wracać mi pilno. Czego ode mnie żądasz, o bozki?
Ojciec i syn, — takiemi imionami każdy-by nazwał tych braci, których dzieliła nieznaczna różnica lat. Brunatną togą okryta, wysoka postać Aureliusza zarysowywała w półcieniu linie pełne spokojnéj siły. Tłem jéj były rzeźbione poręcze wysokiego krzesła, na którem siedział, stopy wspierając o zadumaną głowę bronzowego sfinksa. Lecz nic mniéj podobném nie było do sfinksowéj tajemniczości, jak jego oblicze, z czołem wielkiém, przedwczesnemi bruzdami zoraném, lecz otwartém i jasném, jak szczerość i prawość. Oczy jego, niemające do ukrywania nic, posiadały dziewiczą przejrzystość, lecz zarazem i głębią taką, że w niéj, jak w bezdennych toniach oceanu, dojrzéć można było pogodę szczytów i mroki otchłani. Wszelkie blaski i cienie zie-