Strona:Eliza Orzeszkowa - Na dnie sumienia T. 1.djvu/522

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pieszczony przez swą panię. Po obiedzie, Sylwester i Kazimierz długą mieli rozmowę z panem Walerym; zamknęli wszakże drzwi od bawialnego pokoju i mówili po cichu, nie chcąc zapewne aby usłyszała ich Monilka. Dziewczynie ciężko było na sercu; po raz pierwszy ojciec i narzeczony mieli przed nią jakąś tajemnicę, twarze ich i szepty zdradzały, że tajemnica była groźną.
Coby to było? myślała sobie, mój Boże, coby to takiego było? powtarzała z westchnieniem. Zmrok zapadał; Monilka złożyła do koszyczka robotę i usiadła przed ubożuchnym, starym jak najdawniejsza krajowa fabryka podobnych instrumentów, fortepjanem. Fortepjan ten miał tylko niecałe sześć oktaw, z których wiolinowe dzwoniły i piszczały, a basowe bębniły i huczały. Skromny ten instrument wystarczał dla mniej niż miernej muzykalnosci ubogiego dziewczęcia. Gra jej nie była ani wprawną, ani natchnioną. Tym razem wszakże, rozległy się po pokoju tony dziwnie jakoś rzewne i załośne.
Monilka grała jakąś dumkę o wielce prostej melodji, jednę z trzech czy pięciu drobnych kompozycij, stanowiących cały jej repertuar muzyczny.. Na odgłos jej muzyki, niby na wezwanie, trzej mężczyzni wrócili do pokoju.
— Daremnie się niepokoisz, naczelniku — mówił pan Walery prostując się i podciągając w górę