Strona:Eliza Orzeszkowa - Na dnie sumienia T. 1.djvu/523

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krochmalny kołnierz, — w tem niema nic strasznego, ręczę ci!. to tylko intryga... Już ja wiem czyja... ale poradzi przeciwko niej... już ja wiem kto! Niechno tylko tam... dowiedzą się o tem co zaszło, a zobaczysz jak wszystko gładko pójdzie... Boję się tylko tego, że mogą zaraz się nie dowiedzieć... Ot, gdybym list napisał, wiesz do kogo? do Palmerstona! on teraz dyryguje Franciszkiem Józefem i jego ministrami...
Biednemu manjakowi żal i zdumienie przywołały do głowy cały zastęp dziwacznych marzeń. Całkowicie już prawie uleczony kilkoma miesiącami radości i spokoju, wraz z nową a nieprzyjazną zmianą losu, głębiej jeszcze niż wprzódy popadał w otchłań zbłąkanych wyobrażeń.
Kazimierz nie zdawał się słyszeć słów biedaka, który w przyległym pokoju roznieciwszy lampę, począł grzebać pomiędzy szpargałami napełniającemi starą tekę. Zamyślony, lecz na pozór spokojny, usiadł przy Monilce grającej coraz rzewniej i słabiej, gdyż przygrywką do muzyki było ustawicznie krążące w jej głowie pytanie: dla czego on taki blady? dla czego on taki smutny?
Kazimierz siedział chwilę zatopiony w myślach, po czole jego przesuwały się naprzemian chmury smutku i gniewu. Okropne podejrzenie jakiemu uległ, zaciążyło na jego sercu boleścią i zarazem